Opowieść z Grunwaldu 2009
Relacja Pawła
Mam nadzieję że te kilka dni jakie dzielą nas od wydarzeń Grunwaldu 2009 nie spowodują jakichś wielkich nieścisłości.
Jak Wam zapewne wiadomo w tym roku byliśmy gośćmi Chorągwi Łęczyckiej, która nie będąc dostatecznie dużą w perspektywie całego obozowiska Grunwaldzkiego byłą włączona do Wielkiej Chorągwi Krakowskiej & Camp Babilon.
Opowieść moją chciałbym zacząć od dnia naszego wyjazdu z Łodzi, który odbywał się kilku etapowo. Najpierw odwiedziliśmy "Zbyszków" i razem z nimi udaliśmy się do pod łódzkiego Rosanowa gdzie chorągiew Łęczycka miała małą zbiórkę. Zapakowaliśmy cały dobytek do czterech samochodów i jednej przyczepy. Zmieściło się pięć namiotów stół ławy, cały sprzęt obozowy i wszelaki nawet najdziwniejszy rynsztunek prywatny.
Objuczeni jak muły punkt 13 wyruszyliśmy "jedynką" na północ do Włocławka. Jechaliśmy równo, raczej ślimaczym tempem bez niespodzianek i awarii.
Grunwald przywitaliśmy późnym popołudniem z nadzieją na szybkie rozpakowanie się i jak najszybszą wycieczkę nad pobliskie jezioro. Z ustawieniem namiotu poszło bardzo sprawnie, okopaliśmy go i już byliśmy gotowi na "plażowanie".
Wieczorem zapoznaliśmy się z kilkoma regułami obozu Krakowskiego pod przywóctwem Przemka Reya. Wynikało z nich że powinniśmy stołować się przy głównym ognisku i że własnego mieć nie możemy mimo że było nas "łęczyczan" całkiem sporo. Zostały rozpisane warty, podziwialiśmy też piękne ręcznie wykonane breloki zamocowane do kluczyków od kibelków. Idąc do ustępu mieliśmy do wyboru "tetrisa","mambę", "książkę". "pilot od telewizora" oraz "medalion SS". Było to jednak nic w porównaniu z wielkim, grubym jak ręka niewiasty, drewnianym fallusem należącym jak sądzę do "śląskiej".
Poniedziałek, wyczerpujący ale owocny dobiegł końca.
Wtorek nie przyniósł wielkich zmian! Kramarzy w dalszym ciągu nie było, ludzi z bractw mniej więcej połowa a i do roboty niewiele. Zadecydowaliśmy o wycieczce do Ostródy, oddalonej nie więcej niż 40min drogi samochodem.
Ostróda otumaniła nas gorącem, turystami i kilkoma dziwactwami. Do ciekawych można zaliczyć Krzyżacki, murowany z czerwonej cegły niewielki zamek na planie kwadratu. W środku małe i skromne muzeum, płatna galeria "sztuki" i możliwość strzelania z kuszy... rewelacji na 15minut!
Samo miasteczko leży na jeziorem, brzegiem którego prowadzi deptak, są dwa mola, można spróbować swoich sił w nartach i desce na wodzie – jest specjalny wyciąg. My wybraliśmy pływanie kajakiem w bardzo dobrej cenie 5zł/h. Dla spragnionych większych wrażeń można wybrać się na wycieczkę statkiem aż do Elbląga – podobno niezapomniana droga kanałami i śluzami, niestety nie należy do tanich.
Po powrocie z Ostródy okazało się ze spóźniliśmy się na obiad oraz że zostały zrobione wielkie zakupy na całą "łęczycką". Wychodziło całkiem tanio a to co mnie najbardziej ucieszyło to to, że bardzo miła Kasia podjęła się gotowania – co jak się okazało szło jej bardzo smacznie:)
Środa to kolejny dzień wrażeń, spędziliśmy go w obozie kręcąc się od chorągwi do chorągwi... pojawiły się pierwsze kramy, między innymi szeroko komentowana pani "krawcowa" która marnowała masę wełny na stroje prawie jak historyczne i prawie w normalnych cenach, choć trzeba przyznać , że te żółte suknie szyte z zasłon były piękne...
Z oględzin terenu okazało się że cały teren muzeum jest zamknięty i trwają tam wielkie prace remontowe pod kątem przyszłorocznej okrągłej rocznicy oraz, że chorągiew Podolska jest niesamowicie wysunięta w stronę kaplicy, stojąc w szczerym polu. Mimo to byli z siebie bardzo dumni bo mieli własne tojki i wodę, powiedzieli że za rok też się tam ustawią ( Brzychcy gotów jest pewnie nawet tam drzewa posadzić). W porównaniu z ubiegłoroczną topografią nastąpiła jeszcze jedna mało korzystna zmiana, nie było drogi pomiędzy obozami z lewej strony na prawą, trzeba było przedzierać się przez płoty lub iść dokoła.
Wieczór był spokojny a nasz obóz swą obecnością zaszczycił sam Król. Towarzystwo to godne i ciekawe – miło było posłuchać opowieści z niedalekiej Polski.
Nazajutrz tj. czwartek wybraliśmy się do Olsztyna po drodze zahaczając o polecaną przez Zbyszka stacją benzynową gdzie do woli rozkoszowaliśmy się gorącym prysznicem. Czyści i pachnący wjechaliśmy do Olsztyna, który okazał się wielce urokliwym miasteczkiem.
CDN.WSTECZ
Mam nadzieję że te kilka dni jakie dzielą nas od wydarzeń Grunwaldu 2009 nie spowodują jakichś wielkich nieścisłości.
Jak Wam zapewne wiadomo w tym roku byliśmy gośćmi Chorągwi Łęczyckiej, która nie będąc dostatecznie dużą w perspektywie całego obozowiska Grunwaldzkiego byłą włączona do Wielkiej Chorągwi Krakowskiej & Camp Babilon.
Opowieść moją chciałbym zacząć od dnia naszego wyjazdu z Łodzi, który odbywał się kilku etapowo. Najpierw odwiedziliśmy "Zbyszków" i razem z nimi udaliśmy się do pod łódzkiego Rosanowa gdzie chorągiew Łęczycka miała małą zbiórkę. Zapakowaliśmy cały dobytek do czterech samochodów i jednej przyczepy. Zmieściło się pięć namiotów stół ławy, cały sprzęt obozowy i wszelaki nawet najdziwniejszy rynsztunek prywatny.
Objuczeni jak muły punkt 13 wyruszyliśmy "jedynką" na północ do Włocławka. Jechaliśmy równo, raczej ślimaczym tempem bez niespodzianek i awarii.
Grunwald przywitaliśmy późnym popołudniem z nadzieją na szybkie rozpakowanie się i jak najszybszą wycieczkę nad pobliskie jezioro. Z ustawieniem namiotu poszło bardzo sprawnie, okopaliśmy go i już byliśmy gotowi na "plażowanie".
Wieczorem zapoznaliśmy się z kilkoma regułami obozu Krakowskiego pod przywóctwem Przemka Reya. Wynikało z nich że powinniśmy stołować się przy głównym ognisku i że własnego mieć nie możemy mimo że było nas "łęczyczan" całkiem sporo. Zostały rozpisane warty, podziwialiśmy też piękne ręcznie wykonane breloki zamocowane do kluczyków od kibelków. Idąc do ustępu mieliśmy do wyboru "tetrisa","mambę", "książkę". "pilot od telewizora" oraz "medalion SS". Było to jednak nic w porównaniu z wielkim, grubym jak ręka niewiasty, drewnianym fallusem należącym jak sądzę do "śląskiej".
Poniedziałek, wyczerpujący ale owocny dobiegł końca.
Wtorek nie przyniósł wielkich zmian! Kramarzy w dalszym ciągu nie było, ludzi z bractw mniej więcej połowa a i do roboty niewiele. Zadecydowaliśmy o wycieczce do Ostródy, oddalonej nie więcej niż 40min drogi samochodem.
Ostróda otumaniła nas gorącem, turystami i kilkoma dziwactwami. Do ciekawych można zaliczyć Krzyżacki, murowany z czerwonej cegły niewielki zamek na planie kwadratu. W środku małe i skromne muzeum, płatna galeria "sztuki" i możliwość strzelania z kuszy... rewelacji na 15minut!
Samo miasteczko leży na jeziorem, brzegiem którego prowadzi deptak, są dwa mola, można spróbować swoich sił w nartach i desce na wodzie – jest specjalny wyciąg. My wybraliśmy pływanie kajakiem w bardzo dobrej cenie 5zł/h. Dla spragnionych większych wrażeń można wybrać się na wycieczkę statkiem aż do Elbląga – podobno niezapomniana droga kanałami i śluzami, niestety nie należy do tanich.
Po powrocie z Ostródy okazało się ze spóźniliśmy się na obiad oraz że zostały zrobione wielkie zakupy na całą "łęczycką". Wychodziło całkiem tanio a to co mnie najbardziej ucieszyło to to, że bardzo miła Kasia podjęła się gotowania – co jak się okazało szło jej bardzo smacznie:)
Środa to kolejny dzień wrażeń, spędziliśmy go w obozie kręcąc się od chorągwi do chorągwi... pojawiły się pierwsze kramy, między innymi szeroko komentowana pani "krawcowa" która marnowała masę wełny na stroje prawie jak historyczne i prawie w normalnych cenach, choć trzeba przyznać , że te żółte suknie szyte z zasłon były piękne...
Z oględzin terenu okazało się że cały teren muzeum jest zamknięty i trwają tam wielkie prace remontowe pod kątem przyszłorocznej okrągłej rocznicy oraz, że chorągiew Podolska jest niesamowicie wysunięta w stronę kaplicy, stojąc w szczerym polu. Mimo to byli z siebie bardzo dumni bo mieli własne tojki i wodę, powiedzieli że za rok też się tam ustawią ( Brzychcy gotów jest pewnie nawet tam drzewa posadzić). W porównaniu z ubiegłoroczną topografią nastąpiła jeszcze jedna mało korzystna zmiana, nie było drogi pomiędzy obozami z lewej strony na prawą, trzeba było przedzierać się przez płoty lub iść dokoła.
Wieczór był spokojny a nasz obóz swą obecnością zaszczycił sam Król. Towarzystwo to godne i ciekawe – miło było posłuchać opowieści z niedalekiej Polski.
Nazajutrz tj. czwartek wybraliśmy się do Olsztyna po drodze zahaczając o polecaną przez Zbyszka stacją benzynową gdzie do woli rozkoszowaliśmy się gorącym prysznicem. Czyści i pachnący wjechaliśmy do Olsztyna, który okazał się wielce urokliwym miasteczkiem.
CDN.